Spis treści:

POEZJA

Radek Fridrich
Z dziennika Żybrzyda


Żybrzyd kłuje
Od czasu do czasu dźgałem ją szydełkiem, tak lekko w bok. Spała i ani drgnęła, więc lekko dziabnąłem ją w ucho, opędziła się i spała dalej. Bardzo szybko zasypia, a ja w tym czasie czuwam, chodzę po domu, gapię się z okna, czytam parę wersów z książki, wychodzę na balkon zapalić papierosa i ciągle nie chce mi się spać.
Nieraz wymykam się wieczorem, żeby coś wypić, wracam koło trzeciej rano, a wtedy ona budzi się na chwilę i patrzy na mnie z wyrzutem, lubi, jak jestem w domu i strzegę jej głębokiego snu. Ostatnio więc wymyśliłem tę zabawę z szydełkiem, kłuję ją, łaskoczę w stopy, któregoś razu mało nie wydłubałem jej oka, kiedy znienacka się odwróciła. No sami powiedzcie, co można jeszcze wymyślić po tylu latach małżeństwa...

Młody kolejarz odkrywa przed Żybrzydem swój prawdziwy kolejarski kościec świata
"No i ci mówię, wtenczas jak miałem nocną zmianę, było minus czternaście, a myśmy ostro zasuwali, od szóstej do wpół do jedenastej, żeśmy podłanczali składy osobowe na Głównym, a potem? Potem, stary, ci mówię, luzik, siadasz se, ściągasz skarpety, tylko tak w dresie, w pantoflach, zalewasz kawę wrzątkiem, pogapisz się na telewizję, zapalisz fajka, ze dwie trzy godziny masz luzik, podstawa to żebyś zdjął buty, bo masz podwójne skarpety, chociaż i tak na tym mrozie, to ci nic nie da, ale przynajmniej tu na Głównym jest fajna ekipa, bo na Południowym to tylko bród, smród i ubóstwo, a tutaj, stary, ci mówię, przychodzisz z dworu, ściągasz waciak, wywietrzysz se skarpety, naprawdę na poziomie, bo tutaj, no, jak by tu komuś capiły skarpety, to by mu chłopaki, no, sami chłopaki, by mu wywalili za drzwi jego szafkę, no i by miał nauczkę na drugi raz. Stary, ci mówię, tutaj to przychodzę, znaczy się trochę wcześniej, ściągam glany, no i szybciorem przeprałem se skarpety mydłem, ci mówię, stary, do rana wyschły, no a ja se wziełem drugie skarpety, czyściutko, luzik, ci mówię, stary, tu u nas w baraku na Głównym nikt nie ma prawa nosić zaśmierdłych skarpet".

Z notatek Żybrzyda
Może zauważyłaś, że już od kilku nocy nie śpię.
Boję się, że jestem Żybrzydem!

Dziedzictwo. Dziecięce wspomnienia Żybrzyda
Odziedziczyłem żonę po moim dalszym krewnym. U nas jest taka tradycja, że kobieta nie może zostać sama po śmierci męża.
Była to góralka z mocnymi łydkami, przyzwyczajona do ostrych marszów po górach; nawet się przy tym nie zadyszała. Taka czterdziestka przy kości z końską szczęką i purpurowymi dziąsłami.
Zakochałem się w niej od pierwszego spojrzenia na jej wielkie żółte zęby, szczerzyła je na wszystkie strony. Miała mało pakunków, co mnie przyjemnie zaskoczyło, bo nie lubię tego ciągania starych światów do nowych domów. Od progu obrzuciła fachowym spojrzeniem kuchnię i przyległy pokój, rozpakowała się bez większego strachu, spojrzała na mnie i powiedziała tą swoją góralską gwarą: Gehen wr drauf. Rzuciliśmy się na siebie, gwałtownie, niecierpliwie i muszę powiedzieć, że wujaszek miał dobry gust, była nie do zdarcia. Jej biały, strupowaty zadek świecił na całe mieszkanie, jak tylko go zobaczyłem, poczułem, że muszę go ugryźć. Potem poszła ugotować coś do zjedzenia. Zacerowała mi też dziurę w brązowych pończochach i wreszcie mogłem iść pobawić się z innymi w pokoju dziecinnym.

Glas odkrywa przed Żybrzydem prawdziwy kościec swojego świata
Widziałem dni mojego życia w postaci szklanych probówek, które wraz z upływem czasu napełniają się granatowym płynem. Tydzień tworzyło siedem probówek, ustawionych w drewnianych statywach, jakich używa się na lekcjach chemii. Wyobrażałem sobie, że w tym granatowym sosie pływają wszystkie moje słowa, które codziennie wypowiadam, są tam wszystkie moje grzechy, wszystkie moje świadome i podświadome reakcje. Potem zrobiłem sobie z tych probówek szklarnię i chodziłem po niej całkiem nago, tak się przyzwyczaiłem do tego szkła, że nawet nie czułem w dotyku jego chłodu. Do tego jeszcze zrobiłem sobie meble, całe ze szkła, pływające po szklanej podłodze, szklane łóżko, wannę z grubego hartowanego szkła, do której napuszczałem ciepły i zimny szklany miał. Kąpałem się w nim długo i namiętnie, wycierałem się szklanym ręcznikiem i smarowałem skórę ciekłym szklanym balsamem. Położyłem się na ciemnym szklanym łóżku i przykryłem szklaną, prążkowaną biało-niebieską kołdrą wypełnioną szklanym tłuczniem. Czarne pomieszczenie szklarni było moją kolebką i moim grobem. Jak śpiąca królewna położę się kiedyś do szklanej trumny nie śniąc o żadnym wypłoszonym szklanym księciu


Radek Fridrich
ur. 1968 w Děčíně, w Czechach, gdzie do dziś mieszka. Jest wykładowcą i pracownikiem naukowym na uniwersytecie w Ustí nad Łabą na wydziale współczesnej literatury czeskiej.
Opublikował wiele wierszy w czeskiej, niemieckiej oraz polskiej prasie literackiej. Wydał kilka zbiorów poezji m.in. Pra, V zahradě Bredovských, Erzherz, Zimoviště, a także dwujęzyczny tomik Řeč mrtvejch/Die Totenrede, do którego inspirację stanowiły napisy nagrobne oraz zapisy autentycznych wspomnień XIX-wiecznych niemieckich osadników ze wsi Růžová w czeskich Sudetach.
Oprócz poezji tworzy kompozycje plastyczne - kolaże i frotaże. Swoje prace wystawiał w kilku galeriach w Czechach i w Niemczech. W Polsce jego wiersze publikowane były w piśmie Portret oraz w Bohemie.
W 2005 roku dzięki staraniom Portretu, Bohemy oraz wsparciu Ministerstwa Kultury Republiki Czeskiej wydano po polsku tomik prozy poetyckiej Z dziennika Żybrzyda, z którego pochodzą prezentowane utwory.



Małgorzata Stachowiak


Złota jesień

Co tydzień na dancingu w klubie Złota Jesień
próbuje ogrzać serce
winem Kwiat Jabłoni
pan Wiesiek w garniturze
wskrzeszonym ze strychu
Pani Hela w łazience
chusteczkami Zewa i pozytywnym myśleniem
ratuje własny dekolt
przed odbiciem w lustrze
Pan w muszce przynosi frezje
dla Zosieńki z bufetu
ciepło uśmiechniętej do każdej plamy wątrobowej
rutynowo od osiemnastej do dwudziestej pierwszej
a biedna pani Gienia w za ciasnych pantoflach
ucieka w rzeczywistość
za wieszakiem w szatni
i łzami rozmazuje tani tusz do rzęs
po zmiętych śladach pocałunku
co zbyt mocno
zabolał starością

Możliwe że

Gdybyś mnie kochał
to byłabym ładna
myłabym zęby po każdym posiłku
czytałabym Pawlikowską - Jasnorzewską
a odprysk lakieru na paznokciu
byłby mi katastrofą większą niż Titanik
pewnie nawet codziennie czyściłabym buty
prasowała dżinsy
albo nie
kupowałabym wtedy jedwabne sukienki
i łapała elfy w siatkę na motyle
bo wiesz
Gdybyś mnie kochał
to byłabym kwiatem
delikatnym storczykiem wrosłym w twoje ramię
a tak
to już na zawsze
będę tylko sobą

Śmierć

Umrzeć można w dowolnej chwili
na wiele sposobów
Obecnie kilka jest nawet dość modnych
bo śmierć to rozwiązanie niezwykle popularne
bezpieczne
higieniczne
tanie
Śmierć odcina od nierozsądnych myśli
niezabliźnionych uczuć
niepotrzebnych rozczarowań
Byt słoja z formaliną
może trwać wieczność
albo lat czterdzieści i cztery
albo siedem
i nie ma sensu
doszukiwać się w tym symboliki
Ale bywa też
że całujesz kogoś tak po prostu
bez podtekstów seksualnych
w ciepły policzek
na do widzenia
i zmartwychwstajesz
przez głupią nieuwagę


Miasteczka

Tylko tu można bezkarnie
oglądać pod mikroskopem
życie sąsiadów
Po twarzach przechodniów
wzrok przesuwać spokojnie
jak po wytartych grzbietach
wyczytanych książek
Na festynach poczuć
smak i zapach kultury
(dziwnie bliski zapachowi piwa)
a wszystko co potrzebne i niepotrzebne do szczęścia
kupić na ruskim bazarze
Zamknąć oczy dzieckiem
Otworzyć staruszkiem
pomiędzy kupowaniem ziemniaków
i codziennej gazety
Tylko tu
można spędzić życie
zupełnie niechcący
Małe miasteczka robią nas na szaro

Jeszcze jest czas

Może lepiej się teraz rozstańmy
zanim stanie się coś
okropnego
Na przykład
odkryjesz
że nie zawsze nosze jedwabną bieliznę
albo twoje brudne skarpetki
to będą już tylko brudne skarpetki
Zanim wszystkie miękkie spojrzenia
i ciepłe słowa
skrzepną i zawisną nam u szyi
obojętnym przyzwyczajeniem
Zanim zrozumiem
że to tylko ten uśmiech Harisona Forda
Zanim zgadniesz
że wcale nie jestem niezwykła
Zanim
spotkamy się naprawdę
i będzie za późno

Tylko poczekaj

Kiedyś założę czerwona sukienkę
taką najczerwieńszą
z rozcięciem aż do
Niemożliwe!
albo nawet do
O matko święta!
i buty na obcasach
wysokich, takich najwyższych jakie można kupić
a potem po spojrzeniach
tych drwiących i tych zdziwionych
i tych wszystkich innych
przyjdę do ciebie
jak angielska królowa
po dywanie z pluszu
dumnie i z podniesiona głową
podniesioną jak nigdy dotąd
i będziesz wiedział
i wszyscy będą wiedzieć
jak ci nie powiem
tak najbardziej niewypowiedzianie
jak tylko potrafię


Małgorzata Stachowiak
ur. 1975, mieszka w Sulechowie, ma na koncie kilkanaście nagród literackich i kilkanaście zbiorowych publikacji, debiut w Piśmie Literackim Pro Libris i radiową książkę poetycką Radia Zachód.


Marcin Jurzysta


Krążenie

Jestem odbiciem
w ekranie telewizora
refleksem światła w samochodowym lusterku
w szybach i kałużach
załamujących mnie pryzmatach i sytuacjach
codziennych zwierciadłach i lustrach
powielających sylwetkę i mimikę twarzy

Krew krąży w żyłach
ja krążę ulicami
krew wylewa się z żył
ja wylewam się z ulic
na chodniki trawniki przystanki autobusowe
krzepnę w sklepach barach urzędach
aż zastygnę nocą
w brudny strup na łóżku
który zdrapie nad ranem dźwięk budzika
bym krążył dalej pochłaniając tlen
i wydalając dwutlenek węgla

Serce pompuje krew
mnie pompują mieszkania
uwikłane w transfuzję
zatamuj mnie proszę
zatamuj zatamuj

Dworzec

Sercem dworca jest zegar
jego bicie słychać najlepiej nocą
gdy w pustych arteriach
zalegają ludzkie senne skrzepy
grożące śmiertelnym zatorem
pojedyncze krwinki
wylewają się tętnicami peronów
lub zmierzają do wyjścia
wszystko przybrane
męcząco żółtym światłem
konających lamp
które czekają niecierpliwie
na wschód słońca

Nazwiska

wszystkie nazwiska
które teraz ktoś
niezgrabną ręką zapisuje
na kopertach
w kalendarzach i notesach
zostaną kiedyś wyryte na nagrobkach

wszystkie nazwiska
z plakatów i gazet
powszechnych spisów
zmieszczą się kiedyś
na nekrologach
autobus zabierze żałobników
postoją popatrzą odejdą
zjedzą kotlet schabowy z frytkami i surówką
wypiją kawę herbatę albo wódkę
zjedzą kawałek ciasta na deser
skorzystają z toalety spuszczą wodę
umyją ręce nawet
zamkną za sobą wszystkie drzwi szczelnie
zamkną wszystkie albumy ze zdjęciami
skanseny i muzea
przeterminowane konserwy

wszystkie nazwiska
które kochasz
wszystkie nazwiska
których nienawidzisz
są już policzone
są już zaliczone
w poczet aktów zgonu
czekających aż minie
termin ważności
wystarczy tylko podpisać
wystarczy jedna pieczątka
wystarczy umrze


Marcin Jurzysta
ur.1983 r. w Elblągu, studiuje polonistykę na UMK w Toruniu, publikował m.in. w Undergruncie, Tyglu, Frazie i almanachach pokonkursowych. Zdobywca I Nagrody Konkursu Jednego Wiersza o Laur Tarnowskiej Starówki w 2004 r. Autor projektu książki poetyckiej "Pięć sekund, 31 minut" wyróżnionej w konkursie na elbląski rękopis roku 2003 oraz laureat pomniejszych konkursów poetyckich.


Wojciech Sołtys


Spis treści

ja jest ktoś to kiedyś ustalił
ale ja przy tym nie było
nie czepiać się
szczegółów
tekturowe słońce wystarczy
szybciej szczęśliwiej się wypali

ilu nas jest to nie istotne
jeden kupuje papierosy u ruskich
ten jest współcześnie położony
na ulicy reformackiej dajmy na to
o godz. 11:45 lub o 11: 46
w kawiarni "Zacisze" lub
innych miejscach
bardziej trzeźwy lub pijany

inny wiecznie pyta kobiety
o samopoczucie i nie dziwi
się później że ze snu wypływa
z bólem głowy brzucha brakiem
jest spóźniony jak okres
na szczęście jest niemy

próby określenia kończą się
próbą samobójstwa lub małżeństwa więc
inny zatyka usta widokiem
skraca odległość między nimi
a tym co już było

jest w przeciągu lóżka
jest bez oddechu
jest nadużyciem słowa śmierć
jest w każdym miejscu jest mapą
słownikiem nie istotą historii
jest chrystusem kotkiem
myszką policjantem złodziejem
i byłby jeszcze niezliczoną
ilością miast trupów nazw
jak by ja miało czas
odpowiednią porcję papieru
i chęć operacji
na raku języka

ale ja daje się pomijać
wierząc
w to i owo

do ilu się doliczy do tylu
zdechnie


***

Jak nigdy noc wchodzi światłem.
Szarpię się z wierszem jak stara baba
z psem pod blokiem. Wyschnięte słowa
wyrzucam jak pamięć. Powoli dociągam do
nieistnienia, miejsca gdzie umiera moja myśl o mnie.
Dzieci pełne wiary stoją pod drzwiami.
Wpychają pod drzwi dłonie.
to cień tamtego życia. One nie wiedzą że
do mnie prowadzi szereg okien
zwróconych w stronę gdzie sen rozsiada
się wokół zamkniętej gry. One wiedzą wszystko poza tym.
Ona miała tu być rok czy dwa lata temu
Ale zdaje się, że jej nie ma więc muszę być dosłowny
jak polska.

Nie wiem: Ona teraz oma otwarte oczy
na tamtym osiedlu gdzie mgła przenika jak listopad
przez serce. Jej ciało dosięga południa. Nie wiem:
Jej nie ma. Nieistnienie jego dłoń elektryczna.
W tym miejscu muszę się obudzić, muszę. Ona też wie
że muszę już wstać do.

***

Cały dzień skręca pali robi
herbatę nerwowo spogląda przez okno
Niewzruszony przenika jak rtęć przez
skórę do centrum dotyku osiada
w pobliżu lampki rozkłada się
w fotografiach na przypadkowe widoki
krótkotrwałe olśnienia odpadki
miłości
Po kilku wspomnieniach zaczynać
wyć zdechły przed jego urodzeniem
pies.
Ona o czarnych skłonnościach
wierzy że on jest teraz w centrum tragedii
uzupełnia i dopowiada. Ściska włosy
zmusza łóżko do płaczu wkłada jej głowę
miedzy kolana znika i ujawnia się
z nowym obiegiem słów sam zaczyna wierzyć że jest
jakaś możliwość w niej. Pojęciowy i nieżywy
odpowiada na ujście jej życia.

Są wypróbowani.


Wojciech Sołtys
Debiutował w lubelskim Akcencie. Jego wiersze ukazały się również w Kresach oraz olsztyńskim Portrecie.

Zbigniew Barteczka


Nienasycenie (fragmenty)

Odchodzisz nie płaczę
Siadam w kącie zapomnienia
Zrzucam pelerynę obcości
Nagi wchodzę w twoje sidła
Pogrążony w szale uniesień
Dotykam końca dnia

to nie była niczyja wina
pękła czara pełna korali
to tylko pomyłka
zapomnę ciebie
jutro będziesz jedynie
pożółkłym liściem
odległą sonatą
a może tylko
milczeniem ?

Tak bardzo odmienni jesteśmy
Nie rozumiem twojej gry
Wiesz, że nie mam nic
Prócz tych kilku kłamstw
Dlaczego jesteśmy tacy samotni ?
Nierozłączni potęgą uczucia
Wypatrujemy następnego poranka

Opowiadasz o szczęściu godzinami
Wieczorem wśród dębowych brył
Czai się żywopłot wspomnień
W przeręblu prześwitującej nadziei
Chwytasz babie lato ukojenia
Mroźne oddechy samotności
Ogrzewasz płomiennym uśmiechem

Dokąd biegniesz?
Z pochodnią w dłoni
W ciemności świata
Wiele jest płomieni
Ocaleni nie pytają
Dlaczego jeszcze żyją ?

Tyle razy obiecywałaś
To już ostatni raz
Nigdy więcej...
Słabość twoich słów
Rozproszyła poranną mgłę
Wzajemnej obcości
Uwalniasz siebie z kajdan
Zakręcona powiewem
Magicznych mchów
Wolno wzlatujesz w błękit

Odnajduję w kącie zapomniany list
W którym ważysz każdą myśl
Z pocałunkami pełnymi grozy
Odchodząc dopisałaś ostatnie zdanie
Na pergaminie minionego życia
Ziemia pokryta złocistym pyłem
Niebo zamknięte zostało na klucz

Byłaś tam z nim, widziałem
W deszczu kilku melancholii
Wędrowałem pustymi ulicami
Pod peleryną brakowało
Twojego subtelnego ciepła
W samym środku nocy
Umieram dla ciebie
Kolejny już raz

Mów do mnie
Potrzebuję twoich słów
Nie odtrącaj tej miłości
Potrzebuję pocałunków
Podniebnych pieszczot
Potrzebuję ciebie
Zostań tutaj
Proszę

Nie słyszy twojego wołania
Powstań i idź dalej przed siebie
Na tej ziemi gorycz i ból
Pomrzemy wszyscy pomrzemy
Taniec ostateczności trwa
Kto będzie następny ?
Może ty a może ja

Kolorowe soczewki
Tak, kup sobie
Kolorowe soczewki
W życiu wybrukowano
Wszystkie dobre chęci
Odciski spóźnionych dni
Porosła mechata pajęczyna
Winorośla wzrastających owoców
Powiła bogobojna szara mgła
Pozorne przyjaźnie odległe
Bezcielesne związki

Poranek jak co dzień
Wychodzisz do pracy
Znów pada siarczyście deszcz
Parasol skutecznie ochroni
Od plugawych spojrzeń
Przystanek znasz tu wszystkich
Zatłoczone bezwładne przestrzenie
Przemierzają w pośpiechu całe miasto
W kajdanach rutyny umierasz powoli
Gorset zachowań zaciskany
Coraz mocniej wolno dławi
Marzenie o ikarowym wzlocie


Zbigniew Barteczka
ur. 1969, poeta. Debiutował w studenckim miesięczniku "Quantum" w roku 1993, a pierwszą książkę poetycką "Joanna" wydał w 1993 roku. Nakładem własnym wydał kolejne tomiki wierszy: "Niezauważalna" (1994 r.), "Pajęczyna" (1994 r.), "Złamane pióro" (2001 r.), "Metamorfozy" (2003 r.). W wersji elektronicznej ukazały się wcześniej wydane cztery tomiki poezji "Poezje 1993 - 2002" - edycja limitowana (2002 r.).


Klaudia Rogowicz


Książka dla Ciebie

Na stole tysiące rąk sięga ku słodyczy,
książka wciśnięta między słowa,
te treści są dla Ciebie,
są Twoją myślą,
Twą twarzą,
lecz ty już nie potrafisz czytać.

W kąt rzuciłeś książki zapominając o Syrii.
Bawisz się słowami zastygłymi na siatce pajęczyny,
książka już nie jest dla Ciebie.

Piecyk

Milknie świt zbudzony moimi stopami,
ptaków śpiew krążący nad purpurą nieba.
Wrota do parku otwarł deszcz,
w kominku trzaskają czerwone języki.
W piecu płonie inspiracja,
która dała Ci życie,
na tych białych kartkach.

Pejzaż Marynistyczny

Malarz skradł szum morza,
rozpuścił białą pianę w błękicie tempery.
Prysnął niebem na płótno.
Niebo stało się morzem ,
a ta dziewczyna klęcząca na bosaka,
córką Neptuna.


Klaudia Rogowicz
Ma 18 lat. Swoje wiersze publikowała w Polsce i Słowenii. W 2004 roku ukazał się jej debiutancki tomik poezji "Życie do wynajęcia".