PROZA
Walter Sobchak
Druga Ameryka
(fragment powieści, która ukazała
się w Polsce
w maju 2005 nakładem wydawnictwa Twój Styl)
U Fufli
Odkąd pamiętam, w naszym
mieście była tylko jedna knajpa. Nazywała się bar PYTON, ale każdy mówił
"u Fufli". Wszystko przez panią Mirkę, właścicielkę knajpy.
Jednego razu, dawno temu, w upalne lato, w knajpie zebrało się tyle
gości, że zabrakło kufli. Przychodzili ciągle nowi i zamawiali browar,
a pani Mirka uśmiechała się do nich z niepowtarzalnym wdziękiem swoich
ułamanych górnych jedynek, rozkładała ręce i sepleniła:
"Tseba cekać. Zablakło fufli".
I tak została Fuflą. Mimo niepełnego uzębienia Fufla cieszyła się w
mieście pełnym szacunkiem. Każdy o niej mówił: porządna firma. Rządy
i dyktatury się zmieniają, a Fufla ciągle ma otwarte.
Fufla jak wyskakiwała na pocztę albo do mięsnego, żeby zająć kolejkę
- bo wszędzie były kolejki, nawet w papierniczym i w pasmanterii, nie
mówiąc o spożywczym i obuwniczym - wieszała na drzwiach kartkę: ZAKŁAD
NIECZYNNY Z POWODU, ŻE ZAMKNIĘTY. Czasem dopisywała jeszcze: ZARAZ WRACAM.
Knajpa Fufli od popołudnia do dziesiątej w nocy była lokalem alkoholowym,
żeby nie powiedzieć mocno alkoholowym, ale od rana do trzynastej stawała
się czymś w rodzaju skrzyżowania baru mlecznego ze świetlicą młodzieżową
i domem seniora. Takie było zarządzenie naszego pana i boga, który nazywał
się Gedeon Jeruzal, był generałem, dowódcą armii, premierem, prezydentem,
przewodniczącym Rady Rewolucyjnej i pił tylko wodę mineralną i lemoniadę.
Generał Jeruzal nienawidził alkoholu jak zarazy. Ludzie po cichu nazywali
go Lemoniadowym Dżoe. Był kiedyś taki czechosłowacki western o facecie,
co pił tylko lemoniadę. Generał Jeruzal uwielbiał westerny, miał się
za ostatniego sprawiedliwego rewolwerowca na tym świecie i chciał zbawić
ludzkość. Niespecjalnie mu się to udało, ale odkąd zrobił przewrót w
armii i w państwie, wszyscy się go bali i musieli słuchać jego zarządzeń.
Nawet tego najbardziej niehumanitarnego. O zakazie handlu alkoholem
od dziesiątej do trzynastej.
Siedzę raz u Fufli, czekam
na Cwalisława i Kiełbasę, takich dwóch kolesi, z którymi robiłem interesy,
a stolik obok okupują trzej dziadkowie. Za dawnych czasów byli szychami
w Partii. Teraz są już tylko starymi prykami. Jest z nimi pani Gienia,
pięćdziesiątka, zawsze zmalowana jaskrawą szminką. Jak ruska matrioszka.
W towarzystwie trzech emerytów pani Gienia wydaje się młodą siksą.
- Jutro idę do lekarza - wystękał jeden.
Znam go. Mieszka u nas na osiedlu. Nazywa się Koterski. Ma ksywę Stalin.
Swoimi wąsiskami i lekko skośnymi oczami przypomina Stalina z dawnych
portretów. Mój stary go nie cierpi. Mówi, że to pływak. I karierowicz.
Kiedyś był zwykłym malarzem. Ale po przewrocie generała Jeruzala wyczuł,
skąd wieje wiatr, zapisał się do Partii i zrobił karierę. "O, takich
ciemniaków mamy, widzisz! Dopchali się do żłoba tylko dlatego, że są
w Partii. A my musimy na nich zapieprzać. No kim on był? Malarzyną zwykłym",
wściekał się ojciec.
- A co ci jest? - spytał Stalina pan Mioduski. Siwy staruszek z wielką,
lwią grzywą zaczesaną do tyłu.
- Co mi jest? Starość. Po prostu starość. Zatrułem się. W niedzielę
na imieninach u synowej zjadłem kawałek ciasta. Normalnie nie tykam
słodyczy. Ale coś mnie podkusiło. Tak mnie namawiali. No, weź tato,
chociaż kawałek...
- Oj, coś synowa nie od serca ci dała tego ciasta - śmiał się pan Mioduski.
Aż mu grzywa podskakiwała.
Stalin machnął ręką.
- Dosłownie kawałeczek zjadłem. I tak mnie sczyściło, że amen.
- Najlepsze na to są okłady - zachichotał Mioduski. - Okłady z młodych
piersi. Tego ci trzeba.
- No ale chyba nie na żołądek? - spytała zalotnie pani Gienia.
- Żołądek nie żołądek, okłady z piersi pomagają na wszystko.
Po cichu przyznałem mu rację.
Podchodzi do nich Fufla
i mówi:
- Zalaz benzie obiadek. Zebelka z kaltofelkami. I sulófecka z kfasonej
kapustki.
Fufla pyta, co jest, skąd to poruszenie. Stalin opowiada całą historię
od początku. I kończy słowami:
- Od tamtej pory schudłem ze trzy kilo.
- A ja schudłam o ziesjenć albo i fiensej.
- Boże, a co pani robiła? - przeraził się trzeci emeryt, który dotąd
milczał.
- Mąz mi umalł. No, to juz benzie ze seś lat.
- Widzisz Franek, jak się kobita przejęła! - krzyknął Mioduski. - Moja
stara, niech jej ziemia lekką będzie, nawet by nie mrugnęła okiem. Skoczyłaby
jeszcze z moim dowodem na pocztę. Pobrać ostatnią emeryturę. Żeby jej
nie przepadło. To była kobita, panie! Zachłanna na pieniądze. Ile to
razy człowiek mówił, a żeby cię cholero szlag trafił! A teraz, patrz,
brakuje mi jej. Starość, panie, starość...
Do knajpy wszedł Cwalisław.
Za nim Kiełbasa. Cwalisław dał znak Fufli, że mają być trzy piwa. Szefowa
pojęła w lot, skoczyła za kontuar. Znała nas. Ciągle tu przesiadywaliśmy.
To tu poznałem kiedyś Cwalisława, a potem on poznał mnie z Kiełbasą,
którego zresztą znałem z widzenia. Z siłowni. W takiej małej mieścinie
jak Dziurowo wszyscy się znali.
Cwalisław szedł pierwszy. Luźny w biodrach. Z wypiętą klatą. Dziewczyny
lecą na takich. Wyglądał jak Banderas. Ciemna karnacja, lekko falujące
czarne włosy. I spojrzenie amanta z amerykańskich filmów. Jego kowbojki
stukały głośniej niż babskie szpilki. Ciuchy przywoził mu ojciec. Ze
Zachodu. Ze zgniłego Zachodu, jak mówili w telewizji. Każdy chciał mieć
takiego starego. I chociaż raz pojechać na ten zgniły Zachód.
Przybiłem piątkę z Cwalisławem. Potem Kiełbasa ścisnął mnie swoją żelazną
łapą. Wielki i umięśniony Kiełbasa. Góra krwistego, czerwonego mięcha.
Prawie nie mieścił się w ubraniu, tyle go było. I ani grama tłuszczu.
Kiełbasa ćpał się sterydami, żeby wyciskać sto czterdzieści na klatę.
I mieć biceps jak Arnold. Ten, co grał Rambo. Z gęby przypominał psa.
Boksera. Spłaszczony nos i blizna przecinająca górną wargę przekreślały
jego szanse w świecie mody, ale budziły respekt. I o to chodziło.
Cwalisław zawsze chodził w obstawie Kiełbasy. A ja pętałem się za nimi
od jakiegoś czasu. Sam nie wiem po co. Tak jakoś nie było co zrobić.
Nie będę przecież siedzieć w chacie ze starym i wysłuchiwać jego zrzędzenia.
- Czego cię nie było we wtorek? - warknął Kiełbasa.
- A gdzie miałem być?
- Tam gdzie cię nie było.
- Ty, Rollo, nie rżnij głupa! - wtrącił się Cwalisław. - Czekaliśmy
pół godziny. A ty żeś nie przyszedł. Wystawiłeś nas. Co ty, wała ze
mnie robisz? Tylko nie ściemniaj, że nie mogłeś, że miałeś szlaban w
chacie, jak zeszłym razem. Gówno mnie to obchodzi. Jak robisz z nami
interesy, to masz być tam, gdzie ja ci każę i o której ci każę, bo jak
nie, to się przestaniemy lubić. I będziesz miał przesrane w tym mieście.
Cwalisław czuł się bossem całego Dziurowa. Coraz więcej sobie pozwalał.
Wkurzał mnie. Był jak mój August. Myślał, że jest mistrzem świata i
wszyscy powinni mu się kłaniać w pas. Nigdy nie prosił. Zawsze rozkazywał.
Nie miałem pojęcia, czego tym razem chcą. Bałem się, że wywołają mnie
przed knajpę, a tam już będzie czekać paru kolesi z bejzbolami i spuszczą
mi manto. Widziałem kiedyś chłopaka, który był winny kasę Cwalisławowi.
Dostał takie bęcki, że wylądował w szpitalu. Nie mam zamiaru skończyć
jak on. Nie jestem żaden twardziel. Zżera mnie strach. Nie mogę spać
po nocach. Mój stary ma rację. Jestem mięczak i maminsynek.
- Ty se, Rollo, nie myśl, że będziesz mnie ładować w trąbę. Byłem dobry,
ale do czasu. Daję ci ostatnią szansę. Na twoim miejscu bym jej nie
zmarnował...
Mioduski sięgnął po gazetę.
Wisiała na ścianie przymocowana sznurkiem. Żeby jej nikt nie ukradł.
- A czytaliście to panowie? - spytał teatralnym szeptem. - Strajki w
całym kraju. Generał musi odejść, żądają robotnicy w stoczni.
- Co to się, panie, wyrabia na tym świecie! We łbach im się poprzewracało.
Anarchii się zachciewa towarzystwu. Całkiem jak na Zachodzie.
- Podobno generał kazał wysłać czołgi na stocznię. Ale się wojsko zbuntowało
- odezwał się gruby Franek, ten, który najmniej mówił. - Ludzie gadają,
że to początek rewolucji.
- Czego to ludzie nie gadają! Wierzysz pan w te bzdury?
- Wierzyć nie wierzę, ale na mieście mówią, że tylko patrzeć, jak wszystko
się zakotłuje. I zrobią koniec z generałem. I z Partią. Wszystko się
zmieni.
- No, ale co będzie jak nam zabiorą generała i Partię?
- A bo ja wiem? Podobno chcą u nas zrobić drugą Amerykę.
- A po cholerę nam tu Ameryka? Co, źle nam? Mamy lepiej od nich. Głodu
nie ma. Ani bezrobocia. I każden ma dach nad głową...
- Mój zięć, on pracuje w milicji, w zeszłym tygodniu mówił, że złapali
jednego z tych, no, z tej całej opozycji, no i że podobno oni szykują
przewrót - wtrąciła pani Gienia.
- Ja bym im dał przewrót! - zaczerwienił się Stalin. - Rozstrzelać jednego
z drugim. Tak na pokaz. Od razu by się uspokoiło!
- Słyszałeś? - trącił
mnie Cwalisław.
- No. A co? Chcesz robić strajk? - zaśmiałem się, chociaż nie było mi
do śmiechu.
- Strajk? Co ty, z byka spadłeś? Człowieku! Od polityki trzymam się
z daleka. Wyrosłem z tego. Ty, Rollo, słuchaj, mam pomysł, jak rozkręcić
interes. POWAŻNY interes.
- Jaki?
- Widzisz, co się dzieje. Szykuje się rewolucja. Wszyscy już o tym gadają...
Wzruszyłem ramionami. Od paru tygodni w telewizji na okrągło pokazywali
strajki. Niektórzy mówili, że to koniec. Koniec dyktatury. Koniec generała.
Ale tak naprawdę mało kto w to wierzył. Ludzie przyzwyczaili się do
myśli, że Lemoniadowy Dżoe jest nieśmiertelny. I wszechmocny. Jak sam
Bóg. Wiadomo, siła przyzwyczajenia jest jak grawitacja. Przez lata ludzie
pogodzili się z myślą, że tak musi być. I nawet jak klęli i nienawidzili
generała, jak mój stary, nie umieli sobie wyobrazić świata bez niego.
To było jak nieuleczalna choroba, do której człowiek przyzwyczaja się
i na którą umiera...
- Jak zrobią u nas Amerykę, to wszystko będzie dozwolone. Stary, wiesz,
co to będzie?
Wzruszyłem ramionami. Nie miałem pojęcia, o co mu chodzi.
- Dobrobyt, chłopie! Koka-kola. Makdonald. Malborasy. Mercedesy. Baksy.
Dżointy. Amfa. Koka... Mam mówić dalej?
Siedziałem cicho.
- Musi się znaleźć ktoś, kto będzie kołować towar. Amfę. Spida. Trawkę.
Czujesz? Jak się za to nie weźmiemy pierwsi, to kto inny zgarnie całą
kasę. A wiesz, ile można na tym zrobić? Człowieku! Z milion baksów albo
i więcej! Będziemy mieć forsy jak lodu!
- Ja się na to nie piszę - powiedziałem cicho. - Chcę spać spokojnie,
rozumiesz? I tak już mnie wpierdoliliście w niezłe bagno.
- Kto cię wpierdolił? Ja? Sam żeś się wpierdolił. Nikt ci nie kazał
się z nami zadawać... Wiedziałeś, w co się pakujesz. I coś ci powiem.
Jak nie chcesz się wpierdolić jeszcze bardziej, to rób, co ci każę.
- A czego ty ode mnie chcesz? Mam rozkręcić handel koksem na osiedlu?
Co ty, kurwa, kartel z Medellin chcesz u nas zrobić? Mam latać od drzwi
do drzwi? Dzień dobry, może pan, pani kupi skręta? A może działkę amfy?
A jak mnie złapią?
- Nie złapią ciebie, tylko dilera, głąbie. Trzeba się tak ustawić, żebyś
był czysty. Nie musisz latać z towarem po mieście. Znajdź se dwóch łepków
do pomocy. Zbudujesz sieć. Będziesz czysty. A oni będą na ciebie tyrać.
Cwalisław rozejrzał się i ściszył głos.
- A psów się nie bój. Możesz ich olać. Dymek, ten nasz posterunkowy,
to swojak. Zna się z moim starym. Jeszcze z dawnych czasów. Z partii.
I nie podskoczy... Zresztą jest umoczony w parę śmierdzących spraw.
Ja wszystko wiem. Ci mówię, Dymek nie podskoczy. Będzie trzymać mordę
w kubeł. Nawet jakby coś zwąchał.
- To swojak. Z nim wszystko się da załatwić - rozpromienił się Kiełbasa.
- Stary, tylko pomyśl. Zajeżdżasz pod disko czarną beemką. Skórzana
tapicerka. Automatyczna skrzynia biegów. Full-wypas. Basy walą na maksa:
umc-umc-umc! Wyrywasz jakąś dupę na przejażdżkę. Do knajpy. Tu jej fundniesz
drinka, tam prezencik, sraty-taty. I każda laska rozłoży się przed tobą
jak kanapa. Będziesz bogiem!
Kiełbasa zarżał z uciechy.
- Same ci będą lazły w rozporek, zobaczysz! Będziesz przebierać jak
w ulęgałkach. Rude, czarne, farbowane. Nawet prawdziwe blondyny. Takie,
co mają blond chomika, czujesz?
Pierwszy raz w życiu zapragnąłem być twardzielem. Zagrać twardego gościa
z westernu. Dopiłem piwo. Odsunąłem od siebie pustą szklankę i powiedziałem
nie patrząc im w oczy:
- Ja się na to nie piszę.
- Ty, Rollo, nie zgrywaj takiego chojraka, bo pożałujesz.
- On nie zgrywa chojraka. On ma pełno w gaciach. Cykora ma, nie widzisz!
- zarechotał Kiełbasa.
- Masz czas do jutra, Rollo. I tak, kurwa, za dobry jestem dla ciebie.
Może już zapomniałeś, co robiłeś i skąd brałeś forsę na balety, dziwki
i różne takie. Ale my pamiętamy. I jak będzie trzeba, to ci przypomnimy.
Kiełbasa pokiwał głową.
- Jak do mnie nie zadzwonisz jutro do dwunastej, to daj na mszę albo
se szukaj adwokata. Bo ktoś da cynk psom, że jesteś umoczony w parę
spraw. Śmierdzących spraw...
Rozdwojony
Odkąd pamiętam, matka
zawsze mówiła co innego niż ojciec. On mówił: czarne, ona: białe. On
mówił: ludzie to świnie, dasz mu palec, to ci całą rękę zeżre. Ona mówiła:
pamiętaj, Pawełku, szanuj każdego!
- W życiu musisz walczyć o swoje! - wrzeszczał stary. - Co, rąk nie
masz, żeby się bronić? Boże, za co mnie pokarałeś takim synem! Taką
pierdołą! Dlaczego mu nie oddałeś? No odezwij się, do cholery! Do ciebie
mówię! - darł się na mnie, kiedy przywlokłem się z podwórka z rozbitą
głową. Krew ściekała mi z czoła i krzepła na jasnej, bawełnianej koszulce.
- Ściągaj portki i nadstawiaj tyłek!
Byłem jeszcze w szoku, po tym jak oberwałem kamieniem. Łeb mi pękał.
Pulsował jak kipiący garnek. Posłusznie klęknąłem. Oparłem się łokciami
o podstawione krzesło. Usłyszałem znajome szczęknięcie klamry u ojcowskiego
paska.
- To za to, żeś taka pierdoła!
Próbowałem się wyrwać. Rzucałem się jak ryba wyciągnięta na brzeg. Ale
stary przytrzymywał mnie za kark i precyzyjnie odliczał pasy. Jakby
szło o przeliczanie ważnej sumy w banku.
" Raz... dwa... trzy..."
Ciągnęło się to w nieskończoność. Przy siedmiu powinien skończyć. Zwykle
kończył. Siedem to magiczna, kościelna liczba. Siedem sakramentów świętych.
Siedem grzechów głównych. Siódmego dnia Bóg odpoczął po stworzeniu świata.
Stary był bogobojnym człowiekiem. Ale dziś nie skończyło się na siedmiu.
Wypłacił mi jeszcze dodatkową premię.
- Za to, żeś zapaskudził koszulę krwią! Co ty se myślisz, że kto ci
to będzie prał?
- Zostaw go już. Nie ty robisz pranie - odważyła się wtrącić matka.
Tyłek mnie palił. Ale jeszcze bardziej paliła zraniona dusza. Wyobrażałem
sobie, że jestem najnieszczęśliwszym chłopakiem na świecie. Współczucie
matki tylko mnie w tym utwierdzało.
- Przestań go tłuc. Siłą niczego nie wskórasz, Auguście.
- Zamkniesz się czy nie? Też chcesz oberwać? Czego ty się zawsze wtrącasz?
Psujesz mój system wychowawczy! Nigdy go nie nauczysz moresu, jak się
go będziesz żałować.
Potem w łazience, kiedy matka obmywała mi głowę wodą utlenioną, a ja
stałem, bo ciągle jeszcze bolał mnie tyłek, sam nie wiem, co bardziej
bolało, tyłek czy rozbita głowa, matka mówiła rzeczy zupełnie nie przystające
do tego, co gadał ojciec.
- Obiecaj mi, Pawełku, że nigdy nikogo nie uderzysz, dobrze? Tylko źli,
prymitywni ludzie biją innych. Pamiętasz, co powiedział Jezus? Jak cię
uderzą w jeden policzek, nadstaw drugi. Trzeba kochać wszystkich. Nawet
swoich prześladowców. I modlić się za nich...
- Skończyłaś już? - wydarł się zza drzwi ojciec. - Wyłaźcie do cholery
z tej łazienki, bo się zesram! Sraczka mnie złapała po tych twoich mielonych...
"A żeby ci tak dupę rozerwało. Żebyś srał granatami", mruknąłem
i zaraz ugryzłem się w język. Oplątały mnie wyrzuty, jak macki ośmiornicy,
że życzę czegoś takiego własnemu ojcu. Własnemu prześladowcy. Powinienem
się za niego modlić. Było mi głupio. Wstyd. Przed chwilą, na podwórku,
zachowałem się tak, jak chciała matka. I jak chciał Jezus. Zachowałem
się jak tchórz. Zamiast dać w mordę tamtemu gówniarzowi, co mnie zdzielił
kamieniem, pobiegłem do domu krztusząc się łzami. Moralny zwycięzca
czy tchórz? Sam nie wiedziałem, co o tym myśleć.
"Pierdoła, mięczak i maminsynek!", prześladował mnie bezlitosny
głos ojca.
"Postąpiłeś jak Jezus!", wpadał mu w słowo głos matki.
Miałem mętlik w głowie. Moja dusza była rozdarta na pół. Jak sprane
bawełniane prześcieradło.
Odkąd pamiętam, zawsze taki byłem. Rozdwojony. Słyszałem w sobie na
przemian to głos ojca, to matki. I każdy mówił co innego.
Pokręcona dziewczyna
Odkąd pamiętam, zawsze
miałem szczęście do pokręconych dziewczyn. Takich, co najpierw strasznie
kochają, a potem nagle porzucają i fundują ci nadmiar wrażeń. Kiedy
zrozumiałem, w co się wpakowałem, było za późno, żeby cokolwiek zmienić.
Za późno o sekundę, o dzień, o miesiąc.
- Jestem w ciąży - powiedziała.
- Jak to?
- Tak to. Byłam u lekarza. Powiedział, że to pierwszy miesiąc.
Rozpłakała się.
Spróbowałem wyobrazić sobie siebie jako ojca rodziny. Osiemnaście lat
i trzy miesiące. Bez matury. Trudno, będę magazynierem. Albo sprzedawcą
w kiosku. Serio, z całej siły próbowałem wyobrazić sobie siebie w roli
ojca rodziny. Jak odpinam pasek i mówię do własnego syna: "Kładź
się! Boże, za co mnie pokarałeś taką pierdołą! Maminsynkiem! Masz być
twardy, rozumiesz?" Próbowałem się wczuć, ale mi nie szło.
Zebrałem myśli.
- Poczekaj, Mona... Jak to: jesteś w ciąży? Przecież myśmy... no, wiesz...
myśmy tego jeszcze nie robili...
Popatrzyła na mnie jak na wariata i jeszcze bardziej się rozryczała.
Po policzkach spływały jej czarne smugi tuszu.
- Nawet nie wiesz, jak bym chciała, żeby to było twoje... Paweł, dlaczego
nigdy nie zaciągnąłeś mnie do łóżka?
Też mi pytanie.
O niczym innym nie marzyłem. Chciałem ją zaciągnąć do łóżka, chciałem
ją zerżnąć... Tfu! nic z tych rzeczy! Wcale nie chciałem jej zerżnąć.
Tak mówią tylko chamy i prymitywy, jak Kiełbasa, a ja chciałem być dżentelmenem
i chciałem ją zerżnąć, ale miało być romantycznie. Świece, nastrój,
te sprawy. Czekałem na ten jedyny, wymarzony dzień albo noc i odwlekałem
wszystko, bo ciągle miałem jakieś problemy, a to z Cwalisławem, a to
z Justyną, a to ze starymi. No, ciągłe problemy ze wszystkim. Ze sobą
najbardziej. Nie chciałem, żeby Monika babrała się w tym syfie.
Ona była taka ładna. Taka fajna. I w ogóle. Nie mogłem jej tego zrobić.
No i zwlekałem. Wciskałem jej jakieś kity, że jestem dziewicą, że tak
chce Jezus, że chcę być czysty. Dopiero po ślubie, mówiłem.
- Po ślubie... po ślubie! Po ślubie to musztarda po obiedzie! Ty masz
coś nie tak z głową! Albo nie wiem z czym... Po ślubie! Zwariowałeś?
Takie kity to możesz wciskać mojej babci, ale nie mi.
- Ale ja naprawdę... Przecież ci mówiłem...
- Paweł, kiedy ty wreszcie dorośniesz? Znamy się cztery miesiące. W
zeszłą niedzielę minęły dokładnie cztery miesiące... a ty co? Ani razu
się ze mną nie przespałeś. Nawet mnie o to nie poprosiłeś. Każdy inny
na twoim miejscu by to zrobił. A ty co? Wciskasz mi jakieś kity, że
nie możesz... I jeszcze znikasz bez śladu. Przez miesiąc nie dajesz
znaku życia... Co ty sobie myślisz? Że kim ja jestem? Naiwną, głupią
siksą, którą możesz kręcić jak chcesz? Nie dzwonisz, nie przyjeżdżasz,
w szkole cię nie ma! Co się z tobą dzieje? Gdzie byłeś przez ten czas?
Myślałam, że mnie rzuciłeś...
- Mona, posłuchaj... mam problemy...
- Problemy! Problemy! A ja to nie mam problemów? Myślisz tylko o sobie!
A o mnie nie pomyślałeś!
- Myślałem...
- Akurat! Jakbyś myślał, to byś zadzwonił. Albo chociaż napisał. Powiedział,
co jest grane. Uspokoił mnie...
- Mona, zrozum... wpakowałem się w niezłe bagno...
- Jakie bagno?
- Nie mogę ci powiedzieć...
- No, widzisz! Widzisz, jaki ty jesteś? Nic mi nie powiesz, a potem
się dziwisz... Przyznaj się, Rollo, chcesz ze mną zerwać. Obraziłeś
się. Pewnie se myślisz, że szmata jestem? Puściła się, dziwka jedna?
Przyznaj się, że tak myślisz? Wszystko miało być takie romantyczne,
co? Z tą twoją wymarzoną dziewicą?.. Boże, jaki ty jesteś dziecinny!
Nie jestem żadną pieprzoną dziewicą! Od dawna. Od końca podstawówki.
I miałam różnych facetów. No co się tak na mnie gapisz?
Zamurowało mnie. OD KOŃCA PODSTAWÓWKI? Ona to robi od końca podstawówki!
Z kim?.. Z kim popadnie... Dżizus!.. Za to się idzie do piekła...
- Jak chcesz, to ją usunę. No, powiedz. Mam usunąć?
- Przestań, Mona! Nie mów takich rzeczy! Za to się idzie do piekła!
Na samo dno!
- Co ty bredzisz? Żadnego piekła nie ma. Piekło jest tu. Ja mam teraz
piekło. Za osiem miesięcy urodzę dziecko obcego faceta, rozumiesz? On
ma dwa razy tyle lat, co my. Ma żonę i dwójkę dzieci. I nie chce rozwodu.
Skurwiel jeden! Ale ja go zmuszę! Jeszcze mnie popamięta!.. Boże, czemu
nie byłam naiwną, głupią cipą? Dlaczego nie siedziałam w domu i nie
uczyłam się do matury? Dlaczego? Po co mi były te balety? To latanie
po knajpach? Te prochy? Ta cholerna amfa? Paweł, ja naprawdę nigdy na
trzeźwo bym cię nie zdradziła! Żebyś choć raz zadzwonił... Odezwał się
przez ten miesiąc... Słowo!.. To wszystko przez te prochy! Ten cholerny
Cwalisław! To on mi dał. Wszystko przez niego! I te jego prochy...
- Jakie prochy? Przecież obiecałaś, że z tym koniec!
Za dużo tego wszystkiego
na raz. Seks. Narkotyki. Cwalisław. Kochanek koło czterdziechy. Ojciec
rodziny. I ona. W pierwszym miesiącu ciąży. Mona. Monika! Moja Moniczka!
Ciągle miałem w pamięci naszą pierwszą randkę. Full-romantic. Pojechaliśmy
do Warszawy. Do samej stolicy. Zaprosiłem ją do kafejki, w pasażu niedaleko
dworca. Prawie nie miałem kasy. Stary zawsze gadał, że pieniądze psują
bękarta. Czyli mnie. I nie dawał mi forsy. Czasem matka, jak ją poprosiłem,
odpalała mi coś po cichu.
Wtedy w kafejce powiedziałem, że biorę tylko herbatę, bo nie jestem
głodny i modliłem się, żeby Mona nie poprosiła o nic droższego. Na szczęście
zamówiła też tylko herbatę. Z cytryną. Powiedziała, że zna lepsze lokale.
Tu jest tak jakoś... nędznie... bida... ale właściwie to jej nie przeszkadza.
Mogłaby całe życie szwendać się ze mną po tanich kafejkach. Pić tylko
herbatę z cytryną. I żyć bez forsy. Samą miłością. Mało się nie zapadłem
pod stół. Ale obciach! Kaszana! Było mi głupio, że ona widzi, że jestem
goły. Chciałem rżnąć księcia z bajki. Ale to nie była żadna bajka. Miałem
w kieszeni tauzena. I ani grosza więcej. Taki niebieski banknot z Kopernikiem.
Za tego Kopernika z trzema zerami nie kupiłbym nawet szarlotki dla Mony.
Może starczyłoby najwyżej na trzecią herbatę. Ale wtedy nie miałbym
nawet na napiwek. Obciach! Totalny obciach!
Żeby odwrócić jej uwagę, wziąłem solniczkę, odkręciłem wieczko i wsypałem
na łyżkę czubato soli.
"Co robisz?", zaczęła się śmiać.
"Solę herbatę", powiedziałem. "Zawsze piję słoną".
Patrzyła na mnie tymi śmiejącymi się oczami w kolorze szarego, jesiennego
nieba i poczułem, że stało się to coś. Nieodwracalnie. I już mnie nie
zapomni. Herbata miała ohydny smak. Słono-gorzki. Jak przyprawa do zup.
Piłem to świństwo malutkimi łyczkami. Ten drobny wygłup wywindował mnie
w jej oczach na sam szczyt. Wyżej niż wszystkich facetów przede mną.
Ilu ich było? Dwóch, pięciu, dwudziestu, stu? Z nią nigdy nie wiadomo.
Była tak postrzelona. Zawsze szła na żywioł. Wtedy jeszcze miałem nadzieję,
że jest jak czysta kartka... A ja ten pierwszy... Książę z bajki...
A teraz nagle spada mi
to wszystko na łeb. Ciąża, ojciec rodziny przed czterdziechą, seks,
seks, seks, całe lata seksu przedmałżeńskiego, ilu ich wcześniej było?
I jeszcze te cholerne prochy. Cwalisław! Diler jeden... Gówniany mafiozo...
Sukinsyn! Wszystko przez niego! Całe życie mi spieprzył...
- Co się tak na mnie gapisz? Tak, brałam prochy... I było mi dobrze!
Wiem, wiem, co zaraz powiesz, że za to się idzie do piekła! Idź do diabła
z tym twoim piekłem!.. Nie, Paweł, nie odchodź! - złapała mnie za rękę.
- Powiedz, co mam zrobić? Usunąć? Jezu, starzy mnie zabiją, jak się
dowiedzą...
Gedeon Jeruzal
Odkąd pamiętam, w kraju rządził ciągle ten sam wariat, któremu jakiś
jeszcze większy wariat nadał stopień generała. Wódz był łysy jak kolano
i miał kompleks swojej łysiny. Zawsze nosił generalską czapkę.
"Nawet w sraczu jej nie zdejmuje!", wściekał się mój stary.
August klął Jeruzala i nienawidził go, chociaż jak na mój gust miał
z nim wiele wspólnego. Też był urodzonym dyktatorem i wojskowym. Nie
nosił co prawda generalskiej czapki, ale przez osiem lat był trepem.
Zawodowym. Dosłużył się stopnia sierżanta. Na więcej mu nie starczyło
czasu, bo którejś zimowej nocy, tuż przed Bożym Narodzeniem, generał
zrobił przewrót w armii i w państwie. Mianował się wodzem, premierem,
prezydentem, przewodniczącym Rady Rewolucyjnej, kimś tam jeszcze i kazał
wszystkim wojskowym składać na nowo przysięgę. Na wierność sztandarowi
z czerwoną gwiazdą. I nikt już nie mógł powiedzieć na końcu przysięgi
"Tak mi dopomóż Bóg", bo generał skończył szkołę oficerską
imienia Feliksa Dzierżyńskiego w Moskwie. Feliks Dzierżyński nienawidził
katolickich księży. I niekatolickich też. Generał Jeruzal miał podobne
zapatrywania i zakazał religijnego zabobonu w armii.
Oczywiście mojemu staremu, katolikowi od kołyski, nie spodobała się
cała ta szopka z przysięgą na gwiaździsty sztandar i z wypędzeniem Boga
z armii. Uparł się, że nie złoży nowej przysięgi, bo jedną już odfajkował
i wystarczy. A wszyscy, co przysięgają na gwiaździsty sztandar, to kundle
i sprzedawczyki. Przydupasy Jeruzala. Tfu!
No i go wywalili z armii na zbity pysk. W papierach mu wpisali: ELEMĘT
NIEPEWNY POLITYCZNIE.
Przez całe życie stary szczycił się swoją bezkompromisowością.
"Ale im wygarnąłem, tym dziadom! To mają być żołnierze zawodowi?
Ta banda sprzedawczyków? Jak im każą pocałować w dupę rzeźbę Lenina,
to tak zrobią! To ludzie bez kręgosłupa moralnego!", mówił o tych,
co przeszli na stronę reżimu. I puszył się jak paw, że nie dał się złamać.
Ale w życiu nie ma nic darmo. Za swoje pięć minut odwagi stary musiał
płacić do końca życia. Jego wymarzona kariera w armii, jego wielkie
życiowe powołanie, jak zawsze mówił o wojsku, zostało z dnia na dzień
przekreślone. Zdmuchnięte, jak wątły ogień świeczki. Zamiast munduru
stary musiał nosić sfatygowany garniturek, wyświechtany na łokciach.
Było jasne, że August w cywilu nie zrobi żadnej kariery. Umiał tylko
rozkazywać i załatwiać wszystko "szybko i po wojskowemu, rach-ciach-ciach,
za mordę trzeba wziąć całe to towarzystwo i się nie opieprzać, bo Polaków
trzeba trzymać krótko!" Ale w cywilu te metody nie skutkowały.
Współpracownicy bali się Augusta jak ognia, przytakiwali mu "tak,
tak, panie Auguście" jak przytakuje się wariatowi, żeby go nie
rozwścieczyć, ale nikt nie chciał z nim pracować ani tym bardziej siedzieć
z nim w jednym pokoju.
Zresztą, nawet gdyby August był mistrzem świata i tak nie zrobiłby żadnej
kariery w cywilu, bo miał w papierach ten wpis "elemęt niepewny
politycznie" i żaden szef nie chciał go awansować. Stary się wściekał,
ale rzeczywistość była nieubłagana. Był zwykłym szarakiem w wyszlifowanym
garniturku i zarabiał jeszcze mniej niż matka.
Jedynym miejscem, gdzie stary był głównodowodzącym, dyktatorem, marszałkiem,
admirałem, prezesem zarządu i bogiem, był nasz dom. Trzypokojowe mieszkanie
w trzypiętrowym bloku. Czterdzieści osiem metrów kwadratowych Augustowego
imperium. Wszyscy wkoło mogli do woli nabijać się z mojego starego i
z jego niespełnionych ambicji. Wszyscy oprócz mnie i matki. Bo my stanowiliśmy
dwuosobową armię, która musiała być gotowa na każde skinienie naszego
małego Napoleona - Augusta Mazowieckiego. On był panem naszego życia
i śmierci. I wszystko, co powiedział, było święte. Jak tylko próbowałem
mieć inne zdanie, August przeprowadzał w swojej dwuosobowej armii natychmiastową
czystkę. Spuszczał mi manto. Dostawałem siedem pasów, ryczałem i bunt
był stłumiony w zarodku.
Podobne metody stosował w swojej armii generał Gedeon Jeruzal. Tylko
że on nie musiał nikogo tłuc osobiście. Nie był przecież żadnym zwierzęciem.
Robił to w sposób cywilizowany. Rękami innych
Walter Sobchak
Z wykształcenia psycholog i filozof - nigdy nie podjął pracy w wyuczonym
zawodzie. Był bezrobotnym, pracował jako dziennikarz, barman, stróż nocny,
kelner, robotnik sezonowy, tłumacz, copywriter w agencji reklamowej i
headhunter. Pisze prozę i krótkie formy dramatyczne. Publikował opowiadania
w polskiej i czeskiej prasie literackiej. Zdobył I nagrodę w konkursie
prozatorskim im Stanisława Grochowiaka oraz kilka wyróżnień w konkursach
literackich. Pasjami ogląda czechosłowackie filmy z lat sześćdziesiątych
i filmy braci Coen (literacki pseudonim autora zapożyczony został od jednej
z postaci z filmu "Big Lebowski").
Tom
Konopka
Twin
Mój brat był chory.
Był gliną albo też, jak często nazywają u nas policjantów "strupem".
Ziomkowie mają przedziwne
poczucie humoru. Wyróżnia ich duża swoboda językowa, mnożą na własny
użytek powiedzenia, ujawniające ambicję poprawiania otoczenia. Co, jak
sądzę, nie wynika z jakiegoś buntu, lecz raczej z przyjętego sposobu
na życie w użytkowo skomputeryzowanej rzeczywistości. Wszystko trzeba
było nazwać i tym samym zubożyć w tym potwornym zabieganiu, niszczyć
i nieumiejętnie nagradzać.
Nikt nie potrafił nam pomóc.
Ziomkowie byli wyrozumiali. Będąc ludźmi ubogimi wiedzieli, że nieszczęście
narasta wraz z wszechogarniającą zgryzotą. Byli jak dziurawa beczka,
gdy raz rozsmakowali się w dyspucie, nie umieli dotrzeć do jej zniszczonego
dna. Najmocniej pochłaniała ich polityka.
Dlatego z równym oddaniem zajęli się mną, jak i bratem, sierotami zagubionymi
w nieszczęściu, nie wiem, czemu do tej pory nienazwanym.
Gdy mój brat zachorował, często myślałem, że popadł w szczególny rodzaj
melancholii. Nie miał przecież widocznych objawów choroby. Niestety
nie potrafił już sam wstać z łóżka. Na pytanie, co to za choroba, zawsze
powoływał się na tajemnicę zawodową. Ziomkowie pomagali nam, odwiedzali.
Sądzę, że stał się im w jakiś sposób bliski. Byli zresztą zakochani
w tym nieszczęściu. Często narzekali, gdyż mogli nie liczyć się z faktami
wynikłymi z ich dwuznacznie naturalnej pogardy dla świata.
Począwszy od pięknych kobiet, na twarzach których odcinała się prawdziwa
troska, aż po zołzowate mroczne baby, przygasłe uchodzącą młodością
- te najczęściej pytały: Czy choremu, może co ugotować? - odwiedzali
nas także mężczyźni. Wkraczali cicho z należytym namaszczeniem, spoglądając
w napięciu w moje zmęczone oczy, ściskali długo dłoń, po czym chyłkiem,
za plecami swoich rzutkich żon, znikali w otchłani schodów. Wiedziałem,
że wraz z chorobą brata kończy się także i mój przedziwny dramat.
Nigdy nie dopuszczałem myśli o jego śmierci. Przynajmniej do chwili,
gdy pojawił się w naszym domu człowiek, o twarzy podobnej do dębowej
deski (gdzieś przeczytałem to porównanie?). Z jego zmarszczek zdawała
się bić mądrość równie pobrużdżonego mózgu, ale zbyt meandrował w wyjaśnieniach,
dlatego doszedłem do wniosku, że miał coś na sumieniu. Na widok zmęczonego
chorobą ciała przestraszył się. Powiedział, że do tej pory nie lękał
się śmierci. Bredził nieskładnie, że oczywiście stale czuje ją na lewym
ramieniu i śmieje się, mimo że wciąż wygraża mu chudymi pięściami. Mówił,
że od chwili, gdy usiadła mu na ramieniu nie postarzał się. Mówił, że
ma ponad sto lat, ale nie wierzyłem mu, choć trudno nie wierzyć, gdy
otaczają cię niesamowitości, tak wyraziste, pełne, jak nienasycający
tort, wrednie wpisany w chorobę przejedzenia.
Coś niezwykłego nawiązało się między mną a bratem. Nie czułem tego od
czasu, kiedy pozostawało mi tylko bawić się z radością wynikającą z
wieku i przekonania, że mój starszy o pięć minut brat, czuwa. Kiedy
przedzierałem się w imieniu "wszystkich uczciwych ludzi, jako samotny
szpieg" przez labirynt niezwykle pogmatwanych bunkrów leżących
w głębokim lesie za miastem, wiedziałem, że jest blisko. Sądziłem, że
poznałem czeluście bunkrowego interno, lecz tamtego dnia, straciłem
odwagę i kiedy ulotniła się nadzieja na odnalezienie wyjścia, a przerażenie
zamieniło się w mokrą plamę na spodniach, dojrzałem na końcu tunelu
światło. I ruszyłem za nim. Byłem uratowany. Twierdził później, że był
na randce z niebieskooką blondyną, w której kochały się wszystkie chłopaki
z podwórka. Ten niesforny błysk w oczach i lekki uśmiech (z czasem,
stał się tak przeraźliwie pobłażliwy) zdradzały jego kłamstwo.
- Braciszku, pamiętasz jak w dzieciństwie łaziliśmy niedaleko bunkrów?
- Zapytał mnie z trudem.
- Fantastyczna zabawa, raz nawet zgubiłem się, chodziłem już pięć godzin,
byłem głodny i naprawdę przeraziłem się, na szczęście zobaczyłem ciebie,
niosłeś przed sobą latarkę, wyraźnie widziałem kształt twojej sylwetki.
- Nigdy nie byłem w środku. Wiesz, że boję się zamkniętych pomieszczeń.
- Zawsze miał poczucie humoru.
Powoli docierała do mnie prawda. Nigdy nie wchodził ze mną do windy.
Wolał biegać po schodach, nawet na dziesiąte piętro. Myślałem, że robi
to po, by zachować dobrą formę. Był w końcu gliną.
Nie wiedziałem, jak mogę mu pomóc. Wiedziała za to kobieta, która przychodziła
trzy razy dziennie by zrobić zastrzyk. Biedak. Nie było już miejsca
na ciele, w które mogłaby wkłuć igłę. Mówiłem jej, że po zastrzykach
brat jest wciąż nieobecny, oszołomiony. Tłumaczyła z nieprzeniknioną
konsekwencją, że to wszystko dla jego dobra.
Moim codziennym zadaniem było mycie brata, wymienianie pieluch i pranie
pościeli. Często też czytałem mu stare, poplamione gazety, ale nie jestem
pewien ile z tego rozumiał.
Kiedy widziałem w oczach smutek odwiedzających nas, nieprzerwanym strumieniem,
pięknych kobiet, z jeszcze większą pasją wykonywałem swoje obowiązki.
Nie widziałem ile ich było naprawdę, może pięć, a może setki? Poznane
wcześniej przez nas kobiety zawsze lądowały w łóżku brata.
A może to była tylko ta jedna, której twarz zmieniała się w takt codziennych
odwiedzin i gasła wraz z jego życiem? Byłem przytłoczony całym nieszczęściem,
dlatego nie stanowiło dla mnie różnicy, kto przychodzi, a kto z nami
zostaje. Dziś zapewne, nie rozpoznałbym jej twarzy.
Była jedna rzecz, która strasznie mnie złościła. Harpia od zastrzyków,
nie życzyła sobie, żeby brat pisał pamiętnik. Kiedy tylko udało mu się
odzyskać na chwilę przytomność, a były to niezwykle krótkie momenty,
zaraz pojawiała się, jak upiór wyrwany z cienia i podawała mu kolejną
dawkę morfiny. Stale wprowadzała do jego organizmu śmiertelną truciznę.
Tak naprawdę mogła być szpiegiem... bez pamięci zakochanym w moim bracie.
Kto wie? Gdy udało mu się wybudzić z odrętwienia, zanim wybijała godzina
podania leku, prosił ją o zapisanie kilku zdań, w pamiętniku. Czyniła
to z mechaniczną niechęcią, ale on tak prosił. Mówiła, że powinien "zdecydowanie"
więcej odpoczywać, ale zaraz brała długopis do ręki i skrupulatnie notowała
wszystkie jego słowa.
Wydawało mi się, że od tamtej pory minął ledwie miesiąc, a trwaliśmy
w tym stanie długie lata.
Kiedy mój brat umarł. Sprytnie wykradłem pamiętnik i właśnie w tej chwili
czytam pierwsze zapisane w nim zdania, które brzmią bardzo niepokojąco:
Mój brat był chory. Był gliną...
Nie zauważyłem, kiedy podeszła, zanurzony w zagadce, nie słyszałem jak
wyjęła czterdziestkę piątkę, odbezpieczyła i przytknęła zimny metal
do mojego ucha. Wtedy dopiero ocknąłem się, ale było już za późno. Coś
szarpnęło, a potem połowa mojej twarzy wylądowała na ciężkich kotarach,
a ostatnią, rzeczą, którą poczułem, było wyszarpywanie z niezwykle ciężkich
dłoni pamiętnika i jeszcze smród prochu połączony z delikatnym swądem
palonej skóry pomieszanej z ulotną nutą lawendy. W skrawkach świadomości
tliła się myśl: Kto to mógł zrobić, Harpia była zawsze sterylnie bezwonna?
Pachnieć mogła ewentualnie przerażającym chłodem...
Tom Konopka
Łódź, 15 września 2004