Spis treści:

WYWIAD BOHEMY

Rozmowa z Walterem Sobchakiem, autorem powieści "Druga Ameryka"

(powieść ukazała się w maju 2005 roku nakładem wydawnictwa Twój Styl)


Skąd wziął się pomysł na tytuł twojej książki? Gdzie leży druga Ameryka, o której napisałeś w swojej powieści?

Tytuł wziął się trochę z przekory. Czasami mam wrażenie, że Polacy są bardziej amerykańscy od Amerykanów. I tak samo jak Amerykanie pielęgnują swoje mity: że są pępkiem świata i że mają do spełnienia szczególnie ważną misję w historii, kochają wolność i w ogóle. Mieszkamy w takiej małej drugiej Ameryce, tylko że made in Poland. Nie da się ukryć, że ogólna amerykanizacja świata jest faktem. Wystarczy popatrzeć na młodych ludzi, posłuchać jak mówią. Włączyć telewizor. Obejrzeć reklamy. I co ciekawe cała ta druga Ameryka zaczęła się u nas tak niedawno, po 1989 roku. Pisałem tę książkę z myślą o tym, żeby przedstawić początki kapitalizmu w Polsce. Pokazać tę niesamowitą woltę, jaka dokonała się wtedy w naszych głowach. Przecież nikt tak naprawdę nie był na to przygotowany i nikt nie miał pojęcia, jak to się dalej potoczy i co z nami będzie na przykład w roku 2005. Będąc nastolatkiem obserwowałem to, co się wtedy działo. Przełomy, aksamitne rewolucje, walenie się w gruzy starych światów. Takie coś zdarza się raz na tysiąc lat. Trochę to śmieszne, ale na fali ogólnego entuzjazmu wszyscy wtedy mieliśmy nadzieję, że za parę lat będziemy mieć nad Wisłą drugą Amerykę. Kasa, dobrobyt, coca-cola, demokracja, pełnia wolności. To była niesamowita euforia. Śnił nam się amerykański sen...

I co? Udało się go zrealizować nad Wisłą?

Poniekąd tak. Tylko, że kiedy zaczęliśmy go wcielać w życie, okazało się, że rzeczywistość cokolwiek różni się od snu. Jest mniej kolorowa, a za to bardziej bolesna. I że być wolnym, tak jak w wyśnionej Ameryce, oznacza także: nie mieć gotowych recept na życie, móc w każdej chwili stracić pracę, bać się, być niepewnym jutra. Na własnej skórze doświadcza tego Rollo, główny bohater powieści, i jego rodzina. Ojciec Rolla traci pracę w fabryce, w której przepracował pół życia. Nagle świat mu się zawala. Gubi się w tym wszystkim, klnie stary reżim, który upadł, ale narzeka też na nową władzę, od której oczekiwał, że spełni jego wszystkie marzenia. A tak się nie stało. Bo złote rybki zdarzają się tylko w bajkach. A my żyjemy w dość bezlitosnej rzeczywistości.

Czyli jaki z tego morał? Nie warto śnić, bo przebudzenie za bardzo boli?

Bez snów i marzeń bylibyśmy pewnie zgrają cyników albo nudnych i przyziemnych realistów. Więc marzyć trzeba, tym bardziej kiedy jest się młodym, jak główny bohater "Drugiej Ameryki". Problem w tym, że wielcy marzyciele mają zwykle dwie twarze. Ich świat jest strasznie rozdwojony. Z jednej strony: idealizm, fantazje nie mające nic wspólnego z rzeczywistością, a z drugiej strony: zagubienie, nieumiejętność radzenia sobie z codziennością. I to rozdarcie boli. Starałem się to przedstawić na przykładzie głównego bohatera, który dorasta i żyje trochę schizofrenicznym podwójnym życiem. Ma idealistyczne, młodzieńcze ciągoty, a równocześnie pakuje się w bagno, zadaje się z handlarzami narkotyków i poznaje, czym jest zło. To młodzieńcze rozdarcie widać też w wątku miłosnym. Z jednej strony Rollowi - jak jakiemuś Don Kichotowi - marzy się WMP, czyli Wielka Miłość Platoniczna, a równocześnie młody idealista korzysta z usług bezpruderyjnych dziewczyn z ekipy Madam Kiki, a do tego jeszcze wplątuje się w romans z dużo starszą od siebie mężatką.

No właśnie, w książce jest kilka wątków miłosnych, główny bohater Rollo i inne postacie ciągle poszukują miłości, marzą o niej. Tylko że kiedy w końcu spotykają tę miłość, wynikają z niej same komplikacje i problemy.

Jednym słowem jest jak w "Casablance", ulubionym filmie Rolla. Najpierw jest pięknie, jest romantyczny wyjazd do Paryża, a potem już tylko coraz gorzej. Ale zostają przecież wspomnienia... W "Drugiej Ameryce" starałem się pokazać, że miłość ma w sobie nie tylko siłę twórczą, ale i destrukcyjną. Z miłości popełnia się nie tylko piękne uczynki. Ale faktem jest, że miłość albo raczej głód miłości zmusza bohaterów "Drugiej Ameryki" do nieustannych poszukiwań. A czym jest życie, jeśli nie ciągłą wędrówką i poszukiwaniem? A zatem można powiedzieć, że te postaci dzięki miłości żyją. Chociaż oczywiście każdy ma zupełnie inne wyobrażenia o miłości - jedni bardzo idealistyczne, inni przyziemne. A najczęściej i idealistyczne, i przyziemne. Bo tak jest w życiu.

Czytając "Drugą Amerykę" można mieć wrażenie, że obok Rolla drugą główną postacią jest jego ojciec, August. Odrażająca, choć zarazem komiczna i groteskowa postać.

Coś w tym pewnie jest. Pisząc tę książkę starałem się pokazać polską rodzinę. Ale nie taką, jaką znamy z oprawionych w ramki zdjęć z imienin u cioci albo z cukierkowatych seriali w telewizji. Chciałem pokazać dramat tzw. "dobrej" rodziny, w której na pozór wszystko jest "po bożemu", ale kiedy spojrzy się na nią z bliska, widzi się piekło. Takich ojców i mężów jak August są w tym kraju tysiące, dziesiątki, a może setki tysięcy. I to oni zamieniają w piekło życie swoich żon i dzieci, dzieci, z których potem wyrastają skrzywione i pokręcone osobniki dorosłe. Można więc powiedzieć, że ci wszyscy brutale, domowi tyrani, też w pewnym stopniu są ofiarami. Ofiarami swojego życia, swoich domów rodzinnych. To wszystko ciągnie się potem za człowiekiem jak hinduistyczna karma. Nie ukrywam, że tematy rodzinnych zawiłości bardzo mnie fascynują. Są czymś w rodzaju archetypów. Pamiętam, jakie wrażenie zrobiła na mnie postać ojca, Augusta, z książki Celine'a Śmierć na kredyt. To był facet z krwi i kości, chociaż swoją drogą odrażający typ. Zawsze chciałem stworzyć taką plastyczną postać w swojej prozie. Prawda jest taka, że to właśnie czarne charaktery mają w sobie najwięcej dynamiki i ognia, który rozpala wyobraźnię.

Na wyobraźnię działa też język, którym posługuje się autor. Kiedy czytałem "Drugą Amerykę", miałem wrażenie, że stoję gdzieś na ulicy albo siedzę w barze i przysłuchuję się ludziom, których skądś znam.

To, co mnie najbardziej fascynuje w literaturze, to dialog i język bazujący na mowie potocznej. W nim się odbija życie. Starałem się oddać charakter postaci właśnie w rozmowach - z innymi ludźmi albo z samym sobą. Z tego powstaje napięcie, polifonia - jak u Dostojewskiego, gdzie narracja jest czymś w rodzaju ciągłej rozmowy. Bywają też w książce chwile, kiedy tempo narracji zwalnia, pojawiają się fragmenty bardziej refleksyjne, opisy, zbitki wspomnień i różnych fantazji. W ogóle narracja nie jest w "Drugiej Ameryce" prowadzona liniowo, lecz jest porozrywana, nieregularna, na pierwszy rzut oka wręcz chaotyczna, jakby gorączkowa. Ale to bardziej wciąga. Bo taki jest tok naszych myśli. Wystarczy posłuchać, jak ludzie coś sobie opowiadają, przeskakują z wątku na wątek, śmieją się, smutnieją, popisują się, wtrącają anegdoty. Te wszystkie sztuczki mają tylko jeden cel: wciągnąć słuchacza (lub czytelnika), zafascynować go.

Myślę, że w przypadku "Drugiej Ameryki" te "sztuczki", jak mówisz, odniosły zamierzony skutek, bo książkę rzeczywiście czyta się jednym tchem. A teraz pytanie, które może powinienem zadać na początku: Powiedzmy, że miałbyś w kilku zdaniach opowiedzieć komuś, kto jeszcze nie czytał "Drugiej Ameryki", o czym jest ta książka. Co byś powiedział?

Mógłbym powiedzieć, że "Druga Ameryka" to książka o trudnym dorastaniu i o problemach, które ciągle są u nas tabu: o zagubieniu młodych ludzi, o odkrywaniu własnej seksualności i o patologiczności wielu tzw. "dobrych rodzin". Mógłbym powiedzieć, że jest to książka o poszukiwaniu miłości i własnej tożsamości, nawet za cenę głupstw, których pewnie nie da się uniknąć w młodym wieku. Poza tym "Druga Ameryka" stanowi próbę innego spojrzenia na polską rzeczywistość, kapitalizm, stereotypy, historię i rewolucję 1989 roku - wszystko to opisane jest z perspektywy chłopaka, który przeżywa swoją wewnętrzną rewolucję wieku dojrzewania i marzy o wyrwaniu się z małego, prowincjonalnego miasteczka. Mógłbym pewnie jeszcze długo opowiadać, a i tak nie wyczerpałbym tematu. Bo "Druga Ameryka" mówi o życiu. I tak jak życie jest powikłana i wieloznaczna.

Na koniec naszej rozmowy jeszcze jedno pytanie: Walter Sobchak to twój pseudonim. Jak mówisz, zapożyczyłeś go od jednego z bohaterów z filmu Big Lebowski. Dlaczego piszesz pod pseudonimem? I czemu akurat Walter Sobchak?

Dlaczego piszę pod pseudonimem? Umówmy się, że tak jest bardziej tajemniczo. Zresztą wielu autorów, znanych i nieznanych, pisało pod pseudonimami. Literatura jest czymś w rodzaju fabrykowania nowych światów i nowych tożsamości i to mnie w niej pociąga. Walter Sobchak przylgnął do mnie już dawno. Kiedy jeszcze pracowałem jako headhunter, czyli facet od zatrudniania różnych specjalistów i niespecjalistów, musiałem czasem dzwonić do niektórych firm na przeszpiegi i nie zawsze mogłem podawać swoje nazwisko. Zdarzało się, że dociekliwa pani sekretarka koniecznie chciała wiedzieć, z kim ma do czynienia, więc w zależności od nastroju mówiłem jej, że jestem Piotr Puchalski albo Walter Sobchak. Wprawiało to w bardzo dobry humor moje koleżanki z pracy, które czasem żartowały sobie ze mnie i z Waltera. I tak chcąc nie chcąc zostałem Walterem Sobchakiem. A wracając do "Drugiej Ameryki" dodam tylko, że filmowy Walter Sobchak z Big Lebowskiego łączy w sobie Polskę i Amerykę. Jest Amerykaninem polskiego pochodzenia. Więc czemu nie miałby być autorem "Drugiej Ameryki"